Stałe, zmienne i zaćmienia
Ogromnie się cieszę, że od 7 lat mam to swoje miejsce w sieci i kiedy tylko poczuję chęć, by podzielić się z szerszą publicznością swoimi przemyśleniami, wystarczy parę klików i już publikuję swój tekst. Bez cenzury właściwej dla social mediów, bez obawy o algorytmy i globalne awarie. I bez obawy, że stanę się tematem rozmów czy plotek, bo naprawdę mało mnie obchodzi, co mówią o mnie za plecami ludzie, których opinie nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Nie przestaje mnie zadziwiać fakt, że ktoś może uczynić głównym tematem rozmowy inną osobę i jeszcze snuć na jej temat niestworzone historie. Kto ma czas na takie prowadzenie takich dywagacji? Dokąd one zmierzają, co karmią? Poczujesz się przez chwilę lepiej, bo przeniesiesz na kogoś swoje żale i frustracje?
Dużo jest prawdy w stwierdzeniu, że to, co u kogoś nas najbardziej porusza, najwięcej mówi o naszych własnych brakach i tematach do przepracowania. I długo żyłam w przekonaniu, że z wiekiem każdy człowiek zaczyna nad sobą pracować, stara się pokonywać swoje wady i lenistwa, żeby stawać się lepszym, lepiej żyć z innymi ludźmi. Ale w zderzeniu z rzeczywistością, okazało się, że żyję we własnej bańce, bo owszem – wiele osób ma takie podejście jak ja, ale jest też cała rzesza egoistów, manipulatorów i narcyzów. Istnieje też specjalny gatunek ludzi, którzy zrobią wszystko, żebyś tylko ty nie miał lepiej – bezinteresownie wrednych. I choć nauczyłam się nie przejmować rzeczami, na które nie mam wpływu, to czasami zderzenie z takimi osobnikami bywa bolesne. A ci, którzy publicznie wytykają komuś złe zachowanie, po czym sami robią to samo? Jestem pewna, że znacie ten typ. Ale i tak najbardziej boli, kiedy dowiadujesz się, że ktoś, do kogo miałaś 100% zaufania, okazał się tego zaufania niegodzien…
Dużo się tego nazbierało w minionych miesiącach, pewnie dlatego tyle kilometrów za mną, bo nic mi tak dobrze nie wietrzy głowy jak bieganie. Ten moment, kiedy skupiam się tylko na oddechu, na tym, żeby dobiec do celu, a wszystko co złe zostaje za mną. I te chwile, kiedy staję przed trudnym zadaniem, a z tyłu głowy mam myśl, że przecież niedawno pokonałam taki konkretny dystans, więc w sumie czemu mam sobie nie poradzić z czekającą mnie nieprzyjemną rozmową, czy nowym wyzwaniem. Miałam teraz kilkutygodniową przerwę od biegania. Jakoś tak samo wyszło. Ale jak dobrze było znów do tego wrócić. Muszę tylko opracować sobie trasy, gdzie ryzyko, że nagle z pobliskiego rowu wyskoczy mi prosto pod nogi duży, puchaty kot, będzie minimalne. W końcu staram się biegać z drugiej strefie tętna, a nie poznawać jego maksymalne zakresy.
Niedawne zaćmienie słońca celebrowałam podczas biegu. Ciekawym doświadczeniem było obserwowanie tych wszystkich ludzi, którzy stali gapiąc się na słońce przez klisze, folie, okulary itp. akcesoria. Ja tymczasem biegłam, zachwycając się kolorami, jakie pojawiły się przy okazji zaćmienia, zostawiając za sobą całe zdenerwowanie tego dnia i zastanawiając się, gdzie się podziała moja forma i dlaczego tak szybko zniknęła. Chcę wrócić do regularnego biegania i chyba mogę już głośno powiedzieć, że marzy mi się półmaraton. Jeszcze nie w tym roku, ale może za rok… Przed magiczną czterdziestką. Szukam tylko odpowiednich butów, bo to już musi być coś super wygodnego, żebym nie skończyła tego biegu z krwawą raną na stopie i bez paznokci. Najlepsze jest to, że od poniedziałku bardzo bolało mnie biodro, a jak wczoraj przebiegłam nieco ponad 6 km, to ból nagle magicznie minął. Czyżbym była uzależniona od ruchu?
Jeśli chodzi o uzależnienia – te małe, codzienne, to strasznie trudno się z nimi walczy. Od paru miesięcy seriale na Netflixie wygrywają z czytaniem, a kiedy wjeżdża do tego wieczorne podjadanie, nie może się to dobrze skończyć. Męczy mnie ciągłe zaczynanie od poniedziałku, od nowego miesiąca, no bo w końcu ile można? Tęsknię za czasem, kiedy bez względu na wszystko trzymałam się swojej treningowej rutyny. Pod względem fizycznym i psychicznym czułam się wtedy najlepiej w całym swoim życiu, choć moja ówczesna rzeczywistość nie była wolna od problemów. Czemu teraz tak trudno mi się zmobilizować do działania dłużej niż 2 tygodnie?
Tymczasem czuję już zbliżająca się jesień. Dni zauważalnie ubywa. Coraz częściej mam ochotę na zupy i ciepłe dania. Korzystam z sierpniowej obfitości – to chyba jedyny czas w roku, kiedy mamy tyle warzyw do wyboru. Niestety wygląda na to, że w moim warzywniku nie będzie ani jednej dyni. 9 krzaczków i ani jednego zawiązanego owocu. Strasznie mi przykro, bo zupa dyniowa jest w moim top 3 ulubionych zup, a sernik z dyniowym musem i orzechowo-dyniowe muffinki to coś, bez czego nie wyobrażam sobie jesieni. Wyciągam wnioski z kolejnego działkowego sezonu i po 3 latach zabawy we własny warzywnik mam jedno spostrzeżenie – nie da się przewidzieć, co konkretnie obrodzi w danym roku – to loteria. Ale nadal jest to dla mnie fascynujące i mimo porażek nie poddaję się i już zaczynam myśleć o kolejnym sezonie.


