Żaneta Pawlik „Granice światła”
*recenzja patronacka*
To powieść, w której aż kipi od emocji. Główni bohaterowie – Eliza i Nikodem znaleźli się na życiowym zakręcie, a ich małżeństwo zdaje się nie mieć już żadnej przyszłości. Czy wyprawa na koło podbiegunowe, w której bierze udział Nikodem okaże się gwoździem do trumny ich relacji? Wiele mogłoby na to wskazywać, ale jak to bywa w przypadku książek Żanety Pawlik, pojawią się niespodziewane zwroty akcji, a bohaterowie wymykają się utartym schematom, znanym ze współczesnych powieści obyczajowych. Bo przecież Eliza jedzie w ślad za mężem, żeby ratować ich małżeństwo – takie zachowanie wskazywałoby na to, że bardzo zależy jej na utrzymaniu tego związku. Tymczasem w ekipie, która udaje się na Spitsbergen, jest jeszcze Laura, którą kiedyś wiele łączyło z Nikodemem. Z kolei Eliza, w swojej wyprawie na koło podbiegunowe może liczyć na pomoc Ragnara i Svena. Co wyniknie z tej plątaniny relacji i ludzkich losów?
Przeszłość, która rzuca cień
Na początku, nie znając jeszcze historii małżeństwa Elizy i Nikodema, mocno kibicowałam ich relacji, ale kiedy wraz z rozwojem akcji, na jaw zaczęły wychodzić sekrety z przeszłości, które oboje skrzętnie skrywali w zakamarkach duszy, uznałam, że zaskakujący jest fakt, iż ci dwoje w ogóle jeszcze są razem. Dodatkowo tak postać Nikodema, jak i zachowanie Elizy, wraz z kolejnymi stronami zaczynały mnie coraz mocniej irytować. Ona – z wiecznymi pretensjami, miotająca się między przeszłością a teraźniejszością, on – zimny i obojętny, zamknięty w swoim świecie, emocjonalnie rozwinięty na poziomie 20-latka, podczas gdy metryka nieubłaganie wskazuje trzy dekady więcej… A później przyszła do mnie refleksja, że ta powieść jest tak skonstruowana, że właściwie każdy czytelnik, w zależności od historii bliskich relacji, jakie niesie w swoim bagażu doświadczeń, w zależności od problemów, z jakimi musiał się zmierzyć w swoim dotychczasowym życiu i w zależności od swojej wewnętrznej dojrzałości, wyciągnie z tej historii inne wnioski, pod innym kątem spojrzy na to, co łączy głównych bohaterów. To doprawdy nie lada sztuka w taki sposób skonstruować powieść.
Męczący i zmęczeni
Otwarcie przyznaję, że w pewnym momencie w trakcie lektury, byłam już zmęczona rozterkami i emocjami, które targały Laurą. Ale mam wrażenie, że właśnie o to chodziło autorce – żeby pokazać, że czasami zaczynamy działać i wprowadzamy w życie zmiany, dopiero kiedy znajdziemy się już na granicy, kiedy dosłownie dochodzimy do ściany. Bywa jednak, że na te działania jest już za późno…

Kiedy pękają lody
Życie w części świata, gdzie temperatura rzadko wzrasta powyżej zera, rządzi się swoimi prawami, więc i akcja książki jest jakby zamrożona – nie ma tu płynących wartkim strumieniem wydarzeń. Są raczej uśpione uczucia, które powoli opuszczają lodową skorupę, kiedy bohaterowie wreszcie zaczynają się im przyglądać i dopuszczać je do głosu. Patrząc z boku na relację Nikodema i Elizy wyraźnie widać, że pomiędzy nimi zabrakło dialogu – zwykłej, może niekoniecznie prostej – rozmowy. Latami tłumione żale i pretensje nie służą relacji. Od czasu do czasu dobrze jest się porządnie pokłócić, to oczyszcza atmosferę, wiem z doświadczenia 😉
Chłód, mrok i światełko nadziei
Mam jeszcze jeden wniosek po przeczytaniu tej powieści – małżeństwo to relacja między dwojgiem ludzi – jeśli pozwala się w nie wchodzić innym osobom – niezależnie od tego czy to zatroskani rodzice, czy „pomocne” rodzeństwo, czy dawne niespełnione miłości – to nigdy nie zostaje bez wpływu na tę relację. Jesteście ciekawi, czy historia Elizy i Nikodema doczekała się happy endu? Sięgnijcie po „Granice światła” i niespiesznie zanurzcie się w tę pełną przeszywającego chłodu i arktycznego mroku historię.
PS: Kiedy gdzieś w maju wydawnictwo Szara Godzina zaproponowało mi patronat nad tą powieścią, zastanawiałam się, czy to dobry pomysł wydawać książkę, której akcja rozgrywa się na kole podbiegunowym, w środku lata. Tymczasem lato mamy takie, jakie mamy i zastanawiam się, czy to aby nie za sprawą Żanety Pawlik… Może tyle osób jest zanurzonych w tę lekturę, że aż klimat nam się ochłodził? Bo przecież to nie przez te zakrętki przytwierdzone do butelek, prawda?


