Lepiej być może

Magda Kardyś
rosliny doniczkowe co warto wiedziec
Parapet

7 rzeczy, których nauczyłam się o roślinach w ciągu ostatniego roku

Właśnie mija rok od kiedy moja roślinna kolekcja z kilku doniczek zaczęła się w szybkim tempie rozrastać i w niedługim czasie przekształciła się w kilkadziesiąt. Rok temu o istnieniu niektórych gatunków nie miałam pojęcia, ba nawet nie znałam nazw połowy roślin, które już wówczas miałam. Teraz nie ma dnia, żebym nie czytała czegoś o roślinnej pielęgnacji, a facebookowe grupy dla roślinomaniaków sprawiają, że zawsze wiem z wyprzedzeniem o wszelkich promocjach na doniczki, osłonki i nowych gatunkach roślin pojawiających się w sprzedaży w popularnych sklepach. Wciąż czegoś nowego się uczę, wciąż poszerzam swoją roślinną wiedzę i coraz bardziej kocham moje zielone stadko. Cieszy mnie każdy nowy liść, martwię się każdym obumarłym. Przestawiam, doświetlam, przesadzam, podlewam, rozmawiam i mam z tego niesamowitą frajdę. Naprawdę sporo dowiedziałam się o roślinach w ciągu minionego roku. Z kompletnego roślinnego ignoranta stałam się pasjonatką wszystkiego co zielone (kolorowe też). Chcecie wiedzieć czego nauczyłam się o roślinach doniczkowych w ciągu minionego roku? Zapraszam do lektury. Może niektóre rzeczy wydadzą się wam oczywiste, ale dla kompletnego roślinnego laika to całkiem spora dawka wiedzy.

Rośliny najlepiej przesadzać do nowych doniczek zaraz po zakupie

Większość roślin dostępnych w sklepach ma fatalną ziemię. Czasem mocno zastanawiałam się nad tym, jakim cudem dana roślinka w ogóle była w stanie przeżyć w tym czymś glebopodobnym, co miała w doniczce. Poza tym rośliny wystawiane na sprzedaż zazwyczaj mają bardzo małe doniczki, dlatego niezwłocznie po zakupie dobrze im zafundować przeprowadzkę do nieco bardziej luksusowego lokum. Co niezwykle istotne słyszałam o przypadkach, gdzie po wyjęciu świeżo zakupionej rośliny z doniczki, okazywało się, że wewnątrz była jeszcze jedna mniejsza doniczka – coś na kształt koszyczka, który był dosłownie wrośnięty w korzenie. Osobiście raz spotkałam się z takim przypadkiem i teraz zawsze, niezależnie od tego, czy roślinkę kupuję w czerwcu, czy w listopadzie, maksymalnie po tygodniu od zakupu, przesadzam ją do nowej doniczki, z odpowiednim drenażem i odpływem.

Rośliny kupione w ogrodniczym wcale nie są lepsze od tych dostępnych w marketach

Och, jakże się nacięłam na trzech roślinkach kupionych w ogrodniczym sklepie! Bluszcz okazał się być zarażony przędziorkiem, a dwa urocze niedośpiany już po kilku dniach zaczęły tracić liście i teraz zostały z nich już tylko smętne łodyżki z pojedynczymi listkami na czubku. Nie wiem czy jeszcze cokolwiek z nich będzie. Bluszcza pokonał przędziorek, mimo iż dzielnie o niego walczyłam. Tymczasem praktycznie wszystkie zakupione w marketach roślinki rosną zdrowo i niestraszny im nawet ograniczony zasób światła, jaki niestety mamy zimą.

Wszystkie rośliny lubią światło

No właśnie. Nawet zamioculcasy, fikusy, sansewierie. Wszystkie te rośliny, które uważa się za niezniszczalne, i które rzekomo mogą rosnąć w każdych warunkach, potrzebują światła. Im więcej, tym lepiej. Choć oczywiście bezpośrednia ekspozycja na słońce nie wszystkim roślinom służy. Dlatego tu kolejna rada, jaką mogę udzielić wszystkim, którzy tak jak ja do niedawna bez opamiętania kupują wciąż nowe gatunki – zanim zdecydujesz się na zakup kolejnej rośliny, zastanów się czy masz na nią miejsce. Bo co z tego, że dopadniesz wymarzony okaz, kiedy jedyne miejsce jakie posiadasz to regał pod sufitem dwa metry od okna i to jeszcze zazwyczaj przesłoniętego zasłoną. Mam takiego fikusa, który po zakupie trafił właśnie na taki regał. Jakieś tam światło do niego docierało, ale przez bite osiem miesięcy wyglądał dokładnie tak, jak w dniu zakupu, z jednym listkiem wciąż gotowym do rozwinięcia. Wystarczyło, że przestawiłam go na słoneczny parapet, a w ciągu miesiąca wypuścił cztery nowe liście. Zresztą pieniążek to kolejny przykład potwierdzający ten fakt.

pies ogrodnika
Uwielbiam to zdjęcie (robione z zaskoczenia) – Imbir zawsze mi „pomaga” w przesadzaniu kwiatków. I zawsze też jest gotowy do zabawy. No bo przecież gdybym, tak w przerwie chciała mu rzucić piłeczkę… 😉

Lepiej przesuszyć niż przelać

Mało której roślinie zaszkodzi okresowe przesuszenia podłoża. Większość zniesie to całkiem dobrze. O wiele lepiej, niż przesadnie mokrą ziemię. Lata temu załatwiłam tak jednego zamioculcasa, który zgnił z nadmiaru troski (czytaj – zbyt częstego podlewania). Z roślin, które posiadam, chyba tylko bambus musi stać cały czas w wodzie. Pozostałe rośliny preferują podlewanie raz, wyjątkowo dwa razy w tygodniu. Ale nie dajcie się zwieść – jak usłyszycie, że dany gatunek jest sukulentem – mimo wszystko także on wymaga podlewania. Niektóre sukulenty to prawdziwe pijaki. A np. taki starzec Rowleya kocha zraszanie.

Każdą roślinę przed zakupem trzeba dokładnie obejrzeć

Wpadłam kiedyś w Biedronce na okazałą Difenbachię Tropic Snow. Kosztowała połowę tego, co zazwyczaj mają na etykiecie te same rośliny w sklepach typu dom i ogród. Uradowana wpakowałam doniczkę z tym cudem do wózka, ale oto moim oczom ukazał się rząd drobnych robaczków przyklejonych wzdłuż całej łodygi. Z obrzydzeniem odstawiłam doniczkę z powrotem na półkę, cieszą się, że intruzi byli na tyle widoczni, iż zachwyt nad pięknem Difenbachii nie przesłonił mi zupełnie oczu. Innym razem w tej samej sieci sklepów były dostępne małe sukulenty w bardzo niskiej cenie. Cóż z tego, kiedy każda roślinka oblepiona była białymi kępkami, przypominającymi watę. Tak, to były wełnowce. Całe kolonie wełnowców. Dlatego zawsze przed zakupem dokładnie oglądam każdą roślinkę. Przyglądam się zarówno liściom i łodygom, jak i ziemi, w której roślinka się znajduje. Być może dlatego poza przędziorkiem na bluszczu udało mi się nie przywlec do domu żadnych szkodników. Nie licząc ziemórek w worku z ziemią do kwiatów. Ale to już dłuższa historia.

Rośliny uczą cierpliwości

Niektóre gatunki, mimo zapewnienia im optymalnych warunków do wzrostu, chuchania, dmuchania i długich monologów kierowanych w ich stronę, rosną bardzo, bardzo powoli. Nigdy nie należy więc tracić nadziei. Rośliny potrafią odkryć w ich właścicielach niespotykane pokłady cierpliwości. Tak było z moim figowcem lirolistnym, który przez blisko rok stał w miejscu jak zaczarowany. W końcu kiedy odpuściłam, łaskawie wypuścić nowy listek. Sansewierię cylindryczną dwa razy przesadzałam, stawiałam już chyba we wszystkich możliwych miejscach i w końcu, kiedy wydawało mi się, że już nic z niej nie będzie, wypuściła dwie nowe odnóżki. Zamioculcas w ciemnym kącie też wypuścił nową łodygę, ale żeby nieco ograniczyć moją radość, jedna z dotychczasowych łodyg zbrązowiała i uschła. Widocznie taki jego los, że nie może mieć więcej niż pięć łodyg.

Dom wygląda o wiele przytulniej wypełniony roślinami

Szukając kiedyś zdjęć na bloga, przeglądałam moje komputerowe archiwa i ze zdumieniem przewijałam kolejne obrazy z salonu, który jeszcze 2-3 lata temu był taki… pusty. Gołe ściany, na komodzie tylko nieliczne ramki ze zdjęciami. Teraz wszelkie nadające się do tego powierzchnie są obstawione roślinami i ciągle jeszcze wymyślam, gdzie udałoby się zamontować wieszaki na kolejne zielone okazy. To takie miłe słyszeć od bliskich, że dzięki tym zgromadzonym przeze mnie roślinkom nasze wnętrza stały się bardziej przytulne. Zresztą sama pamiętam z dzieciństwa pokój u jednej cioci, który był dosłownie cały zielony. Poza stojącym w rogu fotelem nie było tam żadnych mebli (w każdym razie żadnych nie było widać), bo wszystko było obstawione roślinami. Było tam jak w bajce – jakiś totalnie inny wymiar – wchodzisz i przepadasz. Może to właśnie widok tego pokoju zasiał gdzieś we mnie maleńkie ziarenko miłości do roślin, które musiało dojrzewać blisko ćwierć wieku, żeby wreszcie się rozwinąć…

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x