Kolejny start i rozbiegane myśli
Nic już nie obiecuję, że wracam, że będzie regularnie, że będą recenzje… Opłaciłam serwer na kolejny rok, więc po prostu wypada coś napisać, żeby te kilka stówek nie wydawało się zbędnym wydatkiem. A tak serio – poczułam przemożną chęć zamieszczenia tu kilka zdań, moich spostrzeżeń, podzielenia się swoim punktem widzenia, tak jak to bywało do tej pory – choć ostatnio regularność nie jest moją mocną stroną.
Co robię regularnie?
To pytanie zadałam sobie kończąc pisanie poprzedniego akapitu. I jeśli tak się głębiej zastanowić – niewiele jest takich rzeczy. Regularnie wstaję rano o 5:30 i mam to już tak zaprogramowane, że nawet w weekend budzę się o tym czasie, bez nastawionego budzika. Regularnie słucham audiobooków – zawsze kiedy sama wsiadam do auta, od razu sięgam po telefon i odpalam Legimi. I to chyba tyle, jeśli chodzi o moje rutyny. Tymczasem ostatnio naszła mnie taka refleksja, że gdyby spojrzeć na mój facebookowy profil, można by pomyśleć, że regularnie startuję w zawodach biegowych, a co za tym idzie – że regularnie biegam. I uśmiechnęłam się w myślach, bo chciałabym, żeby faktycznie tak było, ale wirtualna rzeczywistość jest daleka od prawdy.
Prawda prezentowana i prawdziwa
Wczoraj, po 7 latach przerwy, ponownie stanęłam na starcie biegu po pasie startowym mieleckiego lotniska. Od tego pierwszego startu zmieniło się wiele. Wtedy miałam w głowie zalążek bloga, ambitne plany wobec mojego miejsca w sieci i biegowego partnera w postaci mojego męża. Teraz startowałam sama, na mecie kibicowała mi trójka moich Najbliższych, a blog od blisko dwóch lat poszedł w odstawkę na rzecz próby pogodzenia etatu, życia rodzinnego i wyrwania z każdego dnia choć kilku minut tylko dla siebie. W mediach społecznościowych praktycznie nie publikuję, ale jeśli już coś zamieszczam, to przeważnie są to fotki ze startów w zawodach biegowych, albo kwestie związane z książkami. Ktoś, kto nie ma ze mną kontaktu na co dzień, mógłby pomyśleć, że tak właśnie wygląda moje życie, że kręci się ono wokół biegania i książek. Zabawne, bo jednocześnie jest to i prawda, i kreacja.
Zmienne i niezmienne
Książki rzeczywiście są stałym elementem mojej codzienności. Czytam mniej niż kiedyś, częściej słucham niż przewracam papierowe strony, ale literatura nadal jest stałym punktem mojej codzienności. Zawsze znajdę dla niej czas – w samochodzie, podczas domowych obowiązków, nierzadko kosztem snu. Może z mniejszą niż jeszcze kilka lat temu regularnością sprawdzam książkowe nowości, ale na regałach regularnie przybywają kolejne tomy, które kiedyś przecież przeczytam.
Jeśli zaś chodzi o aktywności – tutaj działam zrywami. Kiedy dwa miesiące temu zapisywałam się na bieg, zrobiłam sobie rozpiskę treningów na każdy dzień, planowałam zdrowe, zbilansowane posiłki i wierzyłam, że zrobię formę życia na to wydarzenie. I przez równiutkie dwa tygodnie ściśle trzymałam się planu. A potem pojawiło się jedno odstępstwo, tydzień z lodami, chipsami i grillem, potem kolejny tydzień, gdzie słodycze wjechały na bogato i tak niepostrzeżenie minęły dwa miesiące, podczas których zrealizowałam może 1/3 z tego, co sobie początkowo zakładałam.
Wczoraj stojąc na starcie, czułam lekki stres, ale też nie zakładałam żadnych spektakularnych wyników. Wciąż biegam dla przyjemności, walcząc z własnymi słabościami, nie z czasem. Przebiegłam, równym, niezłym tempem. Jestem z siebie zadowolona. Bo choć nie było idealnie, to ile osób jest w stanie ot tak – wstać z kanapy i przebiec 6 kilometrów?
Albo dobrze, albo wcale?
Dyscyplina jest ważna, kiedy chce się osiągać wyniki, ale jeszcze ważniejsze jest ustalenie samej ze sobą – co tak naprawdę jest naszym celem. Bo jeśli biegam dla frajdy i kolejnego medalu do kolekcji nie muszę trenować 7 dni w tygodniu i odmawiać sobie wszelkich jedzeniowych przyjemności. Chcę być w dobrej formie, ale nie kosztem czasu z najbliższymi i wyrzutów sumienia. Już dawno przekonałam się, że podejście „albo dobrze, albo wcale” w moim przypadku nie działa. Bo życie rzadko daje idealne warunki. Zawsze znajdzie się coś ważniejszego, pilniejszego, bardziej absorbującego. Gdybym czekała na moment, w którym będę mogła robić wszystko wzorowo, pewnie nie robiłabym nic.
Wystarczająco
Dlatego coraz częściej wybieram wersję „wystarczająco dobrze”. Nie zrobiłam wszystkich planowanych treningów? Trudno. Przeczytanie wypożyczonych z biblioteki książek zajęło mi 4 miesiące? Ok, najważniejsze, że oddaję przeczytane. Nie wróciłam do bloga na stałe, ale dziś napisałam ten tekst. I może właśnie z takich małych kroków składa się prawdziwa regularność – nie z perfekcji, ale z powrotów, mimo wszystko. Bo choć zmieniają się okoliczności, priorytety i liczba obowiązków wpisanych w każdy dzień, wciąż jestem tą samą osobą, która lubi zatrzymać się na chwilę nad dobrą historią, przebiec kilka kilometrów dla własnej satysfakcji i przewietrzenia głowy, a od czasu do czasu uporządkować myśli, przelewając je na ekran. Nie wiem, kiedy pojawi się kolejny wpis. Nie obiecuję regularności, planów wydawniczych ani wielkiego powrotu. Ale wiem, że czasem warto wrócić choć na chwilę. Tak po prostu. Dla siebie.
PS: Żeby zamieścić ten wpis walczyłam przez półtorej godziny ze stroną do logowania i wtyczkami. Skoro się nie poddałam (bo to czytacie), to wyraźny znak, że jednak mi zależy 🙂


