Podsumowanie miesiąca – listopad 2019

Nie wyrobiłam się z podsumowaniem na koniec miesiąca i tak naprawdę zastanawiałam się, czy w ogóle je pisać, wszak miniony miesiąc nie należał do takich, które na długo się zapamięta. Było raczej zwyczajnie, a z licznych planów i oczekiwań tylko niewielką cześć udało się zrealizować. Ale nie chcę narzekać, bo ta codzienność, taka zwyczajna, czasami dość monotonna, to coś, o czym jeszcze jakiś czas temu marzyłam i coś, za czym pewnie za czas jakiś zatęsknię. Każdego dnia staram się doceniać to, co mam i robić kolejny krok do przodu, żeby realizować kolejne marzenia. Jednak w ubiegłym miesiącu mam wrażenie, że więcej nie zrobiłam, niż zrobiłam i w grudniu mam nadzieję trochę nadrobię ten przespany czas.

Listopadowe lektury

Uwierzycie, że w listopadzie przeczytałam tylko dwie książki? Bo ja sama nie mogę w to uwierzyć. Najpierw „Pokrzyk” Puzyńskiej, który totalnie nie przypadł mi do gustu, a zaraz po nim czytana przez dwa tygodnie cegiełka „O północy w Czarnobylu”. Nie umiem wytłumaczyć skąd u mnie taka fascynacja katastrofą w Czarnobylu, ale jarał mnie ten temat, jeszcze zanim stało się to „modne” w ostatnim czasie. Recenzja książki na dniach pojawi się na blogu. Najpierw muszę ją oczywiście napisać 😉 A z czasem na pisanie jakoś u mnie ostatnio krucho. Mam tyle pomysłów na wpisy, a wszystko rozbija się właśnie o brak czasu i …

Brak zdjęć

To moja druga bolączka w listopadowych wspominkach. Chyba już od dawna w żadnym miesiącu nie zrobiłam tak mało zdjęć. Ciemne, pochmurne dni, gdzie nawet w południe trzeba czasem zaświecić lampkę, jakoś nie wyzwoliły we mnie chęci do fotografowania. A zdjęć przy sztucznym świetle nie cierpię. Chyba pora pomyśleć o jakichś softboxach. Halo, Mikołaju! 😉

Kuchenne królestwo

W kuchni za to miałam w listopadzie niezłe flow i przetestowałam całkiem sporo nowych przepisów. W tym kilka wegańskich i wegetariańskich, bo coraz bardziej ciągnie mnie do dań bezmięsnych. Oczywiście jak to w moim przypadku zamiast zanotować te przepisy w moim nieśmiertelnym zeszyciku z żyrafą (prowadzę taki zeszyt z przepisami już od dobrych dziesięciu lat. Żyrafa na okładce jest zupełnie przypadkowa i bez znaczenia), pozamykałam karty w przeglądarce na telefonie (nie mam ustawionego zapisu historii przeglądanych stron) i pogubiłam gazety z przepisami i znów zostanie mi wielka improwizacja, kiedy będę chciała te przepisy kiedyś odtworzyć. Ale akurat kuchenną improwizację bardzo sobie cenię, więc może wyjdzie mi przy okazji jakieś zupełnie nowe super danie.

 makaron z krewetkami
Czy da się zrobić ładne zdjęcie krewetkom? Nie! A uwierzcie mi, że były przepyszne!

Oczywiście zdjęć przygotowanych potraw nie zrobiłam, bo albo było za ciemno, albo mimo wspaniałego smaku, nie potrafiłam dostrzec w przygotowanych potrawach wizualnego piękna. To znaczy może nie wyglądały źle, ale patrząc przez obiektyw jakoś nie mogłam ich określić mianem kulinarnej sztuki godnej umieszczenia na blogu.

Nie ucieknę przed narzekaniem

Miałam nie narzekać, a jakoś tak samo wyszło. W grudniu, żeby nie zginąć w ferworze przedświątecznych przygotowań, postaram się lepiej zorganizować. Bo grunt to dobra organizacja. O ile nie wyskoczą po drodze jakieś niespodziewane okoliczności. Pewnych rzecz nie przeskoczymy, a czasem naprawę lepiej się wyspać, niż robić wszystko półprzytomnie. To akurat było moje motto w listopadzie 😉 Ale jak się wszystko dobrze zaplanuje to znajdzie się czas i na pracę, i na dodatkowe kursy, i na czytanie książek, na spędzanie czasu z najbliższymi, na ogarnięcie domu i na hobby. A propos w listopadzie przywlokłam do domu kolejną roślinkę do kolekcji, ale też pojawiły się pierwsze problemy w raju – mój bluszcz został zaatakowany przez przędziorka i toczę teraz nierówną walkę o jego przeżycie (bluszczu, nie paskudy przędziora), drżąc przy okazji, czy cholerstwo nie przeniosło się aby na inne roślinki.

nowy liść monstery
Tymczasem monstera za nic ma porę roku i wypuszcza nowy, dziurawy liść

Co prawda bluszcz kosztował mnie całe 6 zł, ale żal mi każdej roślinki, zwłaszcza takiej, która od początku ładnie rosła. Ale ponoć przędziorek to norma u bluszczy w sezonie grzewczym, więc pozdrawiam wszystkich wielbicieli roślin doniczkowych i gdyby ktoś chciał się tu podzielić jakąś radą, to bez krępacji proszę.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o