renata kosin tatarka recenzja
Regał

Renata Kosin „Tatarka” – recenzja

Moja passa do dobrych książek wyraźnie została przerwana. Chyba wolę wrócić do systemu, gdzie czytam mniej, ale jednak są to starannie wyselekcjonowane pozycje, niż próbować na siłę szukać urozmaicenia, a potem męczyć się tak, jak z książką, której dotyczy ta recenzja. Męczyć i irytować. „Tatarka” zapowiadała się naprawdę dobrze. Raz, że ujęła mnie przepiękną okładką, dwa, że na  tejże okładce umieszczono zapowiedź akcji, która ma w sobie łączyć życie w podlaskim dworku, noc świętojańską, historie przyjaźni i miłości. Nie jest tajemnicą, że kocham wszelkie słowiańskie motywy w książkach, tymczasem w „Tatarce” są one, mimo szumnych zapowiedzi, dość skromne i jak, mam wrażenie, cała esencja powieści, potraktowane bardzo powierzchownie.

Brak tu głębi

Książka Renaty Kosin liczy sobie blisko 500 stron. Jest to w mojej ocenie wystarczająca ilość, by dogłębnie opisać losy bohaterów, przedstawić ich wnikliwą charakterystykę i sprytnie rozmieścić poszczególne wątki, by stopniowo rozwiązywać zagadkę, aż do zaskakującego finału. Bo takie przecież zdarzają się nie tylko w kryminałach, ale i w dobrych powieściach obyczajowych. A „Tatarka” zawodzi tu na wszystkich frontach. Jest tak okropnie rozwlekła, że momentami przysypiałam, albo przebiegałam wzrokiem kolejne zdania, bo kompletnie nic nie wnosiły one do akcji, były tylko nudnym wypełniaczem. Sama noc świętojańska, tak szumnie zapowiadana na okładce, okazuje się być minionym już epizodem, o którym zaledwie wspomina w myślach główna bohaterka, o imieniu Ksenia. A co do tej bohaterki…

Różne poziomy irytacji

Gdyby Renata Kosin wzięła udział w zawodach na to, jak wywołać u czytelnika irytację i zniechęcenie napisaną przez siebie powieścią, zdecydowanie mogłaby znaleźć się na podium. Dawno w żadnej powieści nie znalazłam tak płytkich i wywołujących negatywne uczucia postaci. Sama Ksenia, choć niby jest studentką i powinna mieć już choć trochę poukładane w głowie mając te 20-kilka lat, zachowuje się jak niezrównoważona emocjonalnie 13-latka. Co chwilę się zakochuje, odbiera setki SMS-ów od tajemniczych wielbicieli, na które oczywiście nie raczy odpisać z sobie tylko znanych powodów. Najpierw jest zakochana w poznanym przypadkowo na juwenaliach chłopaku (a opis jak mu się przygląda zajmuje UWAGA! 10 stron!!!), potem nagle zupełnie bez powodu traci nim zainteresowanie. Autorka nieudolnie próbuje to tłumaczyć rozmyślaniami bohaterki i tym, że dochodzi do wniosku, że chłopak ją oszukał. Może i tak było, ale pierwszy raz spotykam się w książce z tym, że bohater coś sobie wymyśla, a nie wynika to nijak z wydarzeń, jakie dzieją się na kartach powieści. Po drodze jest jeszcze były chłopak i wakacyjna miłość Kseni. Istna telenowela.

I jeszcze więcej irytacji

Matka Kseni, Lena też jest kolejną irytującą postacią. To, w jaki sposób traktuje córkę, być może odrobinę tłumaczy irracjonalne zachowania Kseni. Z taką matką trudno pozostać zdrowym na umyśle. Również wspomniany wcześniej Emir (ten od juwenaliów) i jego siostra-niesiostra Zulejka zamiast intrygować, irytują. Emir jest tak totalnie nijaki, że aż zęby bolą, natomiast co do Zulejki mam wrażenie, że autorka nie do końca miała na nią pomysł. Bo niby jest tu jakiś element tajemnicy, tatarskich rytuałów (a miały być słowiańskie!), ale sposób, w jaki Renata Kosin to prezentuje jakoś mnie nie porwał. Ksenia przez niemal całą powieść nienawidzi Zulejki, a trudno jej się dziwić wszak, wybaczcie spoiler, tatarska fałdżejka odurzyła ją ziołami i próbowała skompromitować przed Emirem, ale nasza bohaterska Ksenia w mig zapomina o tym incydencie, choć chwilę wcześniej straszyła Zulę policją.

Jasny punkt

Jedynym jasnym punktem i interesującą dla mnie postacią w tej książce jest pani Wądołowa, która wprowadza Ksenię i babkę Honoratę w tajniki słowiańskiej gimnastyki (wreszcie coś słowiańskiego!), zna się na ziołach i tajemniczych miksturach, ale nagle po prostu przestaje się pojawiać na kartach powieści, tak jakby Renata Kosin o niej zapomniała, a szkoda, bo można było pociągnąć ten wątek i może to uratowałoby trochę tę, no niestety, ale inaczej nie mogę napisać, marną intrygę, którą dałoby się zawrzeć na 200 stronach, gdyby nie nudne, rozwlekłe opisy, które nic nie wnoszą do powieści.

Zagadka z przeszłości i nagła zmiana

Końcówka książki to już totalna jazda bez trzymanki. Wyjaśnianie zagadki kobiety z portretu (która jest łudząco podobna do Kseni) jest równie porywające (to oczywiście ironia), co sama zagadka. No, może przesadzam, zagadka może nie jest taka zła, ale sposób, w jaki bohaterowie dochodzą do sedna, ich dedukcja, są momentami tak komiczne, że czytając ostatnie strony wyraźnie czułam rozpełzające się po mojej skórze ciary żenady. Doskonale pamiętam, jak w piątej klasie podstawówki postanowiłam, że zostanę pisarką. Tworzyłam wówczas podobne dzieła, jak opisywana tutaj nowość.

Uwierzcie mi, niewiele z tego, co zapowiada ten szumny opis, ma przełożenie na to, co znajduje się w książce

No, ale do rzeczy, bo miało być o zmianie. Otóż Ksenia przeżywająca uczuciowe katusze, kiedy jest już blisko rozwiązania zagadki kobiety z portretu, nagle zupełnie zmienia swoje podejście do Zulejki. Wcześniej wyśmiewała się z jej ubrań, sposobu bycia, całej magicznej otoczki, jaką wokół siebie zbudowała, a nagle ni stąd ni zowąd stwierdza, że jednak Tatarka jest autentyczna w tym, co robi. Oczywiście nieco później znów ma co do tego wątpliwości. A rozważania Kseni o tym, która z nich jest prawdziwą Tatarką… Żenua.

To nie kwestia nastroju

„Tatarkę” czytałam (z przerwami) 10 dni.  Gdybym uwinęła się szybciej z jej lekturą, pomyślałabym, że na moją ocenę mógł wpłynąć, bądź co bądź, nie najlepszy w ostatnim czasie nastrój. Ale kiedy zaczynałam poznawać kolejnych bohaterów powieści (choć są oni tak powierzchownie scharakteryzowani, że trudno tu mówić o jakimś głębszym poznaniu), miałam jeszcze całkiem dobry nastrój. Tymczasem moje wrażenia podczas lektury zupełnie nie ulegały zmianie. Ba, po „Tatarce” będę bała się sięgnąć po kolejną powieść kobiecą, bo jeśli znów trafię na równie kiepsko skonstruowaną i jeszcze gorzej opowiedzianą historię, chyba całkowicie stracę zainteresowanie tego typu książkami. Pozostaje mi tylko zadręczać się pytaniem, jak wiele razy jeszcze dam się zwieść pięknej okładce? Za tę okładkę daję dodatkowy punkt, bo sama treść… Ech…

Moja ocena 4/10

0 0 głosy
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Feeedback
Zobacz wszystkie komentarze
0
Skomentujx