Katarzyna Puzyńska „Pokrzyk” – recenzja

Z recenzją tej książki zwlekałam blisko dwa tygodnie po jej przeczytaniu. Gdybym zaczęła pisać od razu po zakończeniu lektury, ilość niecenzuralnych słów, jaka by się tutaj znalazła, zapewne przekroczyłaby dopuszczalne normy. A przecież ja kulturalna kobieta jestem, więc dałam sobie trochę czasu, żeby ochłonąć. I w końcu dziś zabrałam się do pisania. Choć tak naprawdę nie ma o czym. „Pokrzyk” Katarzyny Puzyńskiej to doskonały przykład, że autorzy młodego pokolenia wyraźnie zaczynają stawiać na ilość, a nie na jakość.

Wielkie oczekiwania, wielkie rozczarowanie

Jest mi cholernie przykro i czuję się bardzo rozczarowana jako czytelnik i jako – raczej była już fanka – serii o Lipowie. Dość powiedzieć, że do tej pory kolejne tomy sagi z przygodami policjantów z Lipowa kupowałam w ciemno. Następnego już raczej nie kupię. Recenzja ta zawierać będzie kilka spoilerów, więc jeśli zamierzacie mimo wszystko sięgnąć po „Pokrzyk” to może lepiej tej recenzji nie czytajcie. Albo w sumie przeczytajcie – zaoszczędzicie cenny czas, jaki stracilibyście na lekturze tego nędznego pomieszania taniego romansidła z próbą dorównania Agacie Christie. Bo wątek miłosny jest tu rodem z podrzędnego romansu, tudzież z „Ukrytej prawdy”, czy innych tego typu produkcji, których nikt nie ogląda, ale wszyscy wiedzą o co chodzi. Pomysł ze śledztwem prowadzonym w domu, gdzie dokonano podwójnego morderstwa, a wszyscy zgromadzeni na miejscu mieli jakiś motyw, ale każdy coś kręci i nikt się nie przyznaje, do złudzenia przypomina książki mistrzyni gatunku Agathy Christie. Ale już samo wykonanie pozostawia wiele do życzenia.

„Pokrzyk” – trudno znaleźć coś dobrego

Ja wiem, że to wredne tak się pastwić nad czyją twórczością, ale mimo iż Katarzynie Puzyńskiej zdarzały się do tej pory nieco słabsze tomy lipowskiej sagi, to wydając drugą w tym roku książkę z tej serii, mam wrażenie poszła po linii najmniejszego oporu, całą akcję powieści ściskając w zaledwie dwóch dniach i rozwlekając niemiłosiernie aż na 600 stron. Okropnie mnie te rozwleczenia irytowały, zwłaszcza pod koniec, kiedy to samo wydarzenie było opisywane z perspektywy kilku osób. Odnoszę wrażenie, że wydawca zażyczył sobie książkę o określonej ilości stron i pani Puzyńska za wszelką cenę chciała się do tych narzuconych ram dostosować. W „Pokrzyku” zdecydowanie brakuje wątków psychologicznych, które dotychczas były mocnym punktem całej sagi. Wątek miłosny pomiędzy Weroniką, Danielem i Emilią jest tu już przeciągnięty i przejaskrawiony do granic możliwości. Nie wiem czy coś przegapiłam, ale nie przypominam sobie, żeby Daniela ktoś zmuszał do ślubu z Weroniką, więc czemu do licha zaraz po ślubie oprzytomniał, że jednak kocha inną? I do tego ten wątek z ciążą, groźby ze strony Weroniki kierowane do Daniela i w końcu cała akcja z podkładaniem alkoholu. Czytając to tylko kręciłam głową z niesmakiem.

Co z tym Lipowem?

Zakończenie jest takie, a nie inne, bo podejrzewam, że autorka „Pokrzyku” tak bardzo zaplątała się w miłosnych komplikacjach głównych bohaterów, że po prostu nie miała już pomysłu jak z tego wybrnąć. Totalnie za to zlekceważony został wątek Klementyny Kopp, która przecież do pewnego momentu była główną podejrzaną. Na koniec nie dowiadujemy się nawet czy pozostała w areszcie. Słabo. Nie wiem też co w tym wszystkim robi były mąż Weroniki. Zważywszy na skłonność do komplikowania życia uczuciowego wykreowanych przez siebie bohaterów, w kolejnym tomie Puzyńska sprawi, że Podgórska i jej były mąż wrócą do siebie. Bo to, że po takich wydarzeniach będą żyć z Danielem długo i szczęśliwie jest tak nierealne, że chyba sama autorka zdaje sobie z tego sprawę. Choć ja już niczego w tym wypadku nie jestem pewna.

Mądrze śpiewał kiedyś Grzegorz Markowski „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść”. Bo ileż można ciągnąć historię policjantów z Lipowa? Byli już psychopatyczni mordercy, pedofile, słowiańska magia i zabójcy z sąsiedztwa. Była zatajona ciąża i wielki come back po latach, stracone dziecko i huczne wesele. Obawiam się, że wiele już się tutaj nie da wymyślić. Więc po co ciągnąć to w nieskończoność? Wiem, że jestem monotematyczna z tym stawianiem Wojciecha Chmielarza jako wzór pisarski, ale niedawno czytałam wywiad z nim, w którym zapytany o nowego Mortkę odpowiedział, że powoli zaczyna o tym myśleć, ale nie chce pisać, kiedy nie jest jeszcze na to gotowy i dawać czytelnikom byle czego. I taki podejście ja bardzo szanuję. Tak samo robi zresztą mój drugi ulubiony autor – Zygmunt Miłoszewski. I tak powinni robić wszyscy pisarze, a nie serwować wiernym czytelnikom takie badziewie jak to, któremu poświęcona jest ta recenzja. Aż mam ochotę sięgnąć po serię z Szackim, żeby sobie zrekompensować ten niesmak, jaki pozostał mi po lekturze „Pokrzyku”. Ale póki co czytam coś spoza kryminalnej półki, co czyta się jak niezły thriller. Jak skończę oczywiście będzie recenzja. A wy czytaliście najnowszą książkę Puzyńskiej? Podzielcie się swoimi opiniami.

Ogólna ocena 3/10

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
Kamila Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kamila
Gość
Kamila

Niestety zgadzam się ze wszystkim co zostało tu napisane. Już po poprzedniej książce uznałam że forma Pani Puzynskiej trochę spadła ale Pokrzyk to już dla mnie telenowela brazylijska ze słabym wątkiem kryminalnym w tle. Szkoda.