Lepiej być może

Magda Kardyś
behawiorysta recenzja
Regał

Remigiusz Mróz „Behawiorysta” – recenzja

Remigiusz Mróz jest tak płodnym literacko autorem, że według obiegowych żartów każdy Polak ma w domu przynajmniej jedną jego książkę. Podejrzewam, że każdy, kto choć trochę interesuje się literaturą współczesną i polskim rynkiem wydawniczym, nawet z ciekawości mógł sięgnąć po jakąkolwiek książkę Mroza, żeby przekonać się o co tyle hałasu. Bo trzeba przyznać, że chyba wokół żadnego polskiego pisarza w ostatnich latach nie było tyle szumu co wokół Remigiusza Mroza. I to jeszcze zanim potwierdził on swój związek z Katarzyną Bondą 😉 Pisanie i wydawanie kilku książek w ciągu roku przez jednego autora nie jest normą. I moim zdaniem nie powinno być, nawet jeśli pisanie traktuje się jak każdą inną pracę. Owszem, jeśli chce się szkolić swój warsztat pisarski, trzeba pisać jak najwięcej, ale to nie znaczy, że wszystko co się napisze trzeba wydawać. Na tym może zakończę tę przydługą dygresję i płynnie przejdę do recenzji kolejnej już przeczytanej przeze mnie książki Remigiusza Mroza.

„Behawiorysta” – co mnie skusiło?

Tym razem mój wybór padł na „Behawiorystę”. Zanim sięgnęłam po tę książkę, natknęłam się w sieci na wiele pozytywnych opinii na jej temat. Wielu recenzentów twierdziło nawet, że to jedna z najlepszych książek Remigiusza Mroza. Z okładki zachęcają nas słowa samej Tess Gerritsen, która zapewnia jakoby książka tak wciągała, że trudno ją odłożyć. Hmmm. Wątpię, żeby królowa medycznych kryminałów rzeczywiście przeczytała „Behawiorystę”. Wystawienie takiej recenzji przez panią Gerritsen widzę jedynie w taki sposób, że stoi nad nią Remigiusz Mróz z pistoletem w dłoni i nakazuje napisać jej parę pochlebnych słów o swoim nowym dziele.

Ale może to ze mną coś jest nie tak, bo mnie historia behawiorysty i Kompozytora zupełnie nie wciągnęła. Może dlatego, że ostatnio mam lekki przesyt kryminałów (ciągle jakieś czytam, ale jakoś żaden nie ma w sobie nic takiego, wiecie – WOW). A może dlatego, że z powieści, które wyszły spod pióra (a może we współczesnych czasach powinno się mówić – spod palców) Remigiusza Mroza przeczytałam serię z komisarzem Forstem, trylogię „W kręgach władzy” oraz przesłuchałam (chyba) wszystkie części przygód Chyłki i Zordona. I w „Behawioryście” wyraźnie dostrzegłam pewne kalki, które pisarz stosuje chyba w większości swoich powieści. Może gdyby „Behawiorysta” był pierwszą książką Mroza, która wpadłaby w moje ręce, cała historia jakoś bardziej by do mnie przemówiła.

Im dalej, tym gorzej

Zaczęło się ciekawie – zamachowiec uwięził w przedszkolu grupę dzieci i wychowawców, grożąc im śmiercią, a całe zajście transmitowane jest w internecie. Pojawia się postać behawiorysty – byłego prokuratora Gerarda Edlinga, którego przeszłości nie znamy, ale wiemy, że z jakiegoś istotnego powodu został wykluczony z palestry. Liczyłam na stopniowe odsłanianie tajemnicy jego przeszłości, na jakąś mroczną historię z etyczną zagadką w tle. Jednak powtarzające się ciągle sformułowania o „historii z dziewczyną”, z powodu której Edling został zwolniony dyscyplinarnie po pewnym czasie zaczęło mi zwyczajnie działać na nerwy. Bo ile można?! Koniec końców cała rzeczona „historia” była tak żałosna, że tylko kręciłam głową z niedowierzaniem czytając jej wyjaśnienie (dla cierpliwych czytelników – na samym końcu). W ogóle ten Edling jakiś taki… nijaki. Miał zadatki na ciekawego bohatera, bo lubię postaci niejednoznaczne, z jakąś zagadką, mające swój styl, ale w ostatecznym rozrachunku po starciu z Kompozytorem Edling w ogóle przestaje być „jakiś”. Wiem, że autor chciał pokazać jego przemianę pod wpływem dramatycznych wydarzeń, ale wyszło to jakoś tak mało przekonująco.

Festiwal niepotrzebnej przemocy

Cała ta historia jest dla mnie dość naciągana, a przecież tak bardzo się podkreśla autentyczność we współczesnych kryminałach. Okaleczanie kolejnych ofiar przez Kompozytora tak naprawdę niczego do historii nie wnosi i jest jakimś dziwnym upodobaniem Remigiusza Mroza, który z tego co zauważyłam lubuje się w tego typu historiach. Zarówno w pentalogii z Forstem, jak i w serii z Chyłką i Zordonem sporo jest opisów brutalnych pobić itp. historii. Mam poczucie że niewiele one wnoszą do całej fabuły, a pobici do nieprzytomności Forst czy Zordon niczym superbohaterowie popkultury błyskawicznie się regenerują i dalej żyją sobie jakby nigdy nic. W „Behawioryście” tej przemocy również jest dużo wnosi ona do akcji tyle co pan żul do tramwaju (trochę smrodu, gdyby było niejasne ;)).

Kalka kalki

Nie sposób nie dostrzec w „Behawioryście” podobieństwa występujących tam bohaterów do innych postaci znanych z książek Mroza. Nieustraszona Beata Drejer bardzo przypomina Darię Seydę z cyklu „W kręgach władzy”. Z kolei współdziałanie z Horstem Zeigerem, w jakie zaangażowała się żona behawiorysty Edlinga od razu przywodzi na myśl wątek znany ze wspominanej tu już wielokrotnie serii z Wiktorem Forstem. Wszak prokurator Wadryś-Hansen także długo nie mogła się domyślić, że jej mąż jest „bestią z Giewontu”. O ile w tatrzańskiej historii jeszcze miało to jakieś znamiona prawdopodobieństwa, o tyle w „Behawioryście” zupełnie mi nie zagrało takie wyjaśnienie. Domyślić się takich związków po jednym słowie? No way! Nic na to wcześniej nie wskazywało. To zwyczajne robienie wała z czytelnika. A tego nie toleruję.

Wydawać by się mogło, że „Behawiorystę” uratują trochę przemycane tu i ówdzie smaczki dotyczące komunikacji niewerbalnej, które główny bohater interpretuje. Jednak i to było u Mroza na tak niskim poziomie, że przypominając sobie fragmenty, w których Edling wyciąga wnioski dotyczące śledztwa na podstawie ruchu nóg przesłuchiwanego, mam ciary żenady. Jeśli na tym chciał opierać główny wątek powieści, mógł trochę zgłębić temat. Opisywane w książce zagadnienia z zakresu mowy ciała i ich zwyczajową interpretację mają na zajęciach chyba nawet dzieci w podstawówce.

Mrozowi mówię pas

Nie wiem czy tak naprawdę mogę doszukać się jakichś plusów w tej książce. Dla mnie ta historia nie ma składu ani ładu, jest to raczej zbiór przypadkowych motywów i historii. Czytając tę książkę umęczyłam się okrutnie. Zapowiadający się obiecująco wątek z internetowymi transmisjami z kryjówki Kompozytora został nagle nie wiedzieć czemu porzucony. Później nagły przeskok o kilka lat do przodu, bezsensowna śmierć jednej z głównych bohaterek. Czekałam jeszcze aż okaże się, że Emil – syn behawiorysty jest tak naprawdę synem Horsta Zeigera, ale to już nam autor darował.

Podsumowując – oczekiwania miałam wielkie, a tu ogromne rozczarowanie. Mogła być niezła historia, tymczasem, gdyby Remigiusz Mróz tak jak pisze w „Posłowiu”, skasował plik z tekstem i nie posłał go w świat, nasza rodzima literatura zaiste nic by nie straciła. Przykro mi. Jako czytelnik czuję się trochę oszukana i mocno rozczarowana. I chyba na długi czas dam sobie spokój z czytaniem Mroza, bo zdecydowanie wolę książki, które zapadają w pamięć ze względu na intrygującą historię i niebanalnych bohaterów, niż ze względu na ogólną słabiznę w każdej z tych sfer. Czasem mniej znaczy więcej. W przypadku książek zwłaszcza. Wolę poczekać kilka lat na naprawdę dobrą i dopracowaną książkę, która będzie dla mnie prawdziwą ucztą, niż co 2 czy 3 miesiące otrzymywać literacką papkę.

Ogólna ocena 3/10

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x