Podsumowanie miesiąca – maj 2020

Jaki długi był ten maj! Niby 31 dni, a tyle się wydarzyło. Z początkiem maja miałam niesamowity przypływ energii i tyle rzeczy chciałam zrobić. Na każdy dzień miałam inny plan, ale energii starczyło mi mniej więcej na tydzień. Później było już coraz ciężej. Nadrobiłam za to sporo czytelniczych zaległości, a mój książkowy stos hańby przeistoczył się w maleńki stosik. Za to w ostatnich dniach pani Bibliotekarka zaopatrzyła mnie w prawdziwy książkowy stos (pozostałe tomy „Stacji Jagodno) i doprawdy nie wiem czy do końca roku zdołam to przeczytać. A tymczasem w czerwcu premiera nowej książki Miłoszewskiego, czyli u mnie pozycja obowiązkowa, dla której będę w stanie poświęcić nieco snu. A i moja książkowa wishlista nieustannie się rozrasta, bo czerwiec będzie naprawdę bogaty w warte uwagi książkowe premiery. Tymczasem od ponad tygodnia nie przeczytałam ani jednej strony książki i mam w sobie straszny czytelniczy głód. Teraz pewnie wrócę do nocnego słuchania audiobooków, co też ma swój niewątpliwy urok.

mniszek i pokrzywa
Mniszek przerobiłam na syrop, pokrzywa wylądowała w koktajlu

Koniec kwarantanny

Nie mogę uwierzyć, że to już, że wszystko powoli wraca do normalności. Jeszcze nie zdążyłam się (dzięki Bogu) przyzwyczaić do noszenia maseczek, a już mogę odetchnąć z ulgą, że idąc na spacer z psem nie muszę upychać po kieszeniach maseczki „antymandatowej”. Mam wrażenie, że czas w tej kwarantannie jeszcze bardziej przyspieszył. Dla mnie niewiele się teraz zmieni. Póki co nawet o wyprawie do sklepu mogę tylko pomarzyć. Ale niespecjalnie mi tego brakuje. Szukając plusów kwarantanny bez wątpienia mogę do nich zaliczyć zamknięcie sklepów odzieżowych, a zwłaszcza second handów. Moja obsesja kupowania w SH mocno się wyciszyła, a jeśli chodzi o ubrania to przez ostatnie 3 miesiące kupiłam online tylko jedną rzecz. Garderoba tak zawalona ciuchami, że trudno tam wejść, skutecznie powstrzymuje mnie przed dorzucaniem tam kolejnych odzieżowych łupów. Czekam teraz na odpowiedni moment, żeby zrobić tam prawdziwą rewolucję i pozbyć się przynajmniej połowy zalegających na półkach i wieszakach ubrań. Marzy mi się, żeby tam wejść i wiedzieć, w co się ubrać. Znacie takie marzenia?

Wszystko rozkwita

Maj jest cudowny. Kwitnące drzewa, bzy, piwonie, mnóstwo nowych liści wypuszczanych przez domowe roślinki – wystarczy tylko spojrzeć na to wszystko i od razu można poczuć się szczęśliwym. Dla równowagi ze smutkiem spoglądam na walczące o przetrwanie sadzonki pomidorów, które na początku maja wysadziłam pod folię, a mimo to trochę je przymroziło. Jak na prawdziwą wielbicielkę pomidorów przystało, miałam kilka różnych gatunków, ale po tych przymrozkach nie wiem czy cokolwiek zaowocuje.

kwitnacy rzepak
Za takie widoki uwielbiam maj

W ogóle taki zimny ten maj. Jeden jedyny raz miałam w tym roku na nogach sandały. Częściej niż zwiewne sukienki (które uwielbiam) noszę grube swetry, a wieczorami oglądając seriale owijam się szczelnie ciepłym szlafrokiem. O wiosennej opaleniźnie mogę póki co tylko pomarzyć.

Rabarbar i szparagi

Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy w maju piekłam ciasto z rabarbarem i budyniem. Kiedy dojadamy jedną porcję, natychmiast do piekarnika trafia blaszka z kolejną. To moje absolutnie ukochane ciasto. Nie przepadam za pieczeniem, a to ciasto jest tak mało wymagające i tak pyszne, że zawsze się udaje i błyskawicznie znika z talerzy. Zielone szparagi to kolejny obowiązkowy element w mojej majowej kuchni. W tym roku oprócz tradycyjnie przyrządzonych w boczku czy szynce parmeńskiej z jajkiem w koszulce, robiłam też tartę ze szparagami i szakszukę z dodatkiem szparagów. W planach mam jeszcze spaghetti ze szparagami. I z niecierpliwością czekam na czerwiec, który przyniesie truskawki, czereśnie, bób i młode ziemniaki. Wiosną jakoś tak łatwo jeść zdrowiej. Totalnie przejadły mi się już drożdżowe ciasta i bułki, którymi bez opamiętania zajadałam się w ostatnich tygodniach. Co dziwne niemal w ogóle nie odbiło się to na mojej wadze. Zaskakujące.

Rewolucja majowa

Po raz drugi w życiu, z niewyobrażalną wręcz synchronizacją, mogłam mówić, że mam brzuch jak Anna Lewandowska. Pod koniec maja wkroczyłam w zupełnie nową rzeczywistość. Unikam jak mogę dzielenia się tu swoim życiem rodzinnym, bo akurat tę sferę życia chcę zostawić tylko dla siebie, ale urodzenie drugiego dziecka na pewno w jakiś sposób wpłynie na ten blog. Nie mam pojęcia jak za kilka tygodni będzie wyglądać moja codzienność z dwójką maluchów i czy znajdę w ogóle czas na pisanie. No i na pewno nie przeczytacie tu relacji z porodu.

Najpiękniejsze paznokcie, jakie kiedykolwiek widziałam u noworodka 🙂

Mogę tylko napisać, że mam prawdziwe szczęście do lekarzy, a panu anestezjologowi będę dozgonnie wdzięczna za to, że potrafił choć na chwilę mnie uspokoić i odciągnąć myśli od tego, co się działo. Nie ma to jak uciąć sobie pogawędkę o pozycjonowaniu stron internetowych, blogach i marketingu szeptanym w czasie porodu. Panowie, jeśli to czytacie, to serdecznie pozdrawiam, zwłaszcza „mojego” pana doktora, dzięki któremu przez całą ciążę czułam się bezpieczna i zaopiekowana 😉

Uczę się spokoju

Pisałam niedawno o książce, która była w ostatnich tygodniach moim wiernym towarzyszem. Wydawało mi się, że po tej lekturze mam w sobie ogromne pokłady spokoju, ufności, wewnętrznej siły. Ale trochę się przeliczyłam. To proces i jeszcze zdecydowanie zbyt krótko nad nim pracuję, by pojawiły się zamierzone efekty. Wewnętrzna panikara w sytuacjach kryzysowych wciąż bierze górę. Ale jak to mówią trening czyni mistrza. A tych treningów na pewno nie porzucę. A propos to tak mi się już tęskni za bieganiem… Ale wiem, że jeszcze sporo czasu upłynie, zanim założę buty do biegania. No cóż, bycie mamą uczy cierpliwości na wielu poziomach.

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x