Lepiej być może

Magda Kardyś
moj drugi bieg
Szuflada

Razem czy osobno, czyli rzecz o bieganiu

14 listopada po raz drugi w życiu pobiegłam w zawodach biegowych. 4. Bieg Niepodległości miał, przynajmniej dla mnie, niełatwą trasę: strome podbiegi, wąskie ścieżki w dół, trochę piasku i mnóstwo pożółkłych liści pod stopami, co momentami bardzo utrudniało zbieganie. 3 pętle po 2 kilometry to też było dla mnie coś nowego. Zazwyczaj wybieram takie trasy, żeby robić jedną pętlę i nie musieć wracać tą samą drogą, bo… nudzi mnie ten sam widok. No i raczej biegam po płaskim terenie, ale chciałam się sprawdzić w innych warunkach. W przeciwieństwie do mojego pierwszego biegu, wiosną 2019, po pasie startowym mieleckiego lotniska, tutaj biegłam sama. To znaczy oprócz mnie było jeszcze blisko 200 innych biegaczy, ale nikogo znajomego obok. I już parę minut po starcie zaczęłam się zastanawiać, która opcja jest lepsza – bieganie razem z kimś, czy bieg indywidualny. Jakie są Wasze spostrzeżenia na ten temat? Bo ja mam bardzo mieszane uczucia.

Ale po kolei

Kiedy zaczęłam moją przygodę z bieganiem, bardzo długo nie myślałam o żadnych startach w zawodach. Ale w ostatnich latach trochę mi się odmieniło. Start w zawodach traktuję jako sprawdzian, pewnego rodzaju próbę, udowadniam sobie, że mogę, że dam radę, mimo wszystko… Kluczowe jest tutaj słowo MOGĘ. Myślę, że zwłaszcza endosiostry zrozumieją, co mam na myśli. Nie zależy mi na spektakularnych wynikach, medalach, miejscach na podium. Biegnę dla siebie, żeby udowodnić sobie, że mogę, żeby potwierdzić fakt, że jestem w niezłej formie. Ale te moje dwa starty w zawodach różniły się tak bardzo, że już chyba bardziej nie mogły. Ostatnio, tuż po zakończonym biegu byłam przekonana, że nigdy więcej nie pobiegnę sama. Ale już po 5 minutach, kiedy wyrównało się tętno i oddech, poczułam, że spokojnie mogłabym przebiec jeszcze jedną pętlę, niekoniecznie z towarzystwem.

zawody biegowe

Wspólne bieganie

W sumie od kiedy zaczęłam biegać, często miałam do tych biegów kompana – zazwyczaj byli to mój mąż, albo moja siostra. To było takie truchtanie w tempie umożliwiającym swobodną konwersację i przez długi czas było to dla mnie wystarczające. W zasadzie bardzo rzadko biegałam sama, bo jeśli nikt bliski nie wyrażał biegowych chęci, zawsze na posterunku był mój pies, dla którego te 3 czy 5 kilometrów było miłą, niezbyt męczącą przebieżką. To mój mąż zasiał w mojej głowie pomysł, żeby wziąć udział w zorganizowanych zawodach biegowych i na pierwszy taki start zdecydowałam się tylko i wyłącznie dlatego, że miałam biec razem z nim. Trenowaliśmy dużo, nawet za dużo. Start z gorączką i katarem z mojej dzisiejszej perspektywy nie był mądrym posunięciem, ale mimo tych trudności będę wspaniale wspominać tamten bieg. Ani razu nie miałam kryzysu, biegło mi się znakomicie, mimo mocnego wiatru i zimna. Jestem pewna, że gdybym biegła sama, mogło by to wyglądać nieco inaczej.

Bieganie bez towarzystwa

W ostatnim biegu mój mąż występował w roli kibica i fotografa (to on jest autorem większości zamieszczonych w tym wpisie zdjęć). Fizycznie czułam się nieźle przygotowana, choć biegałam dużo mniej, niż przed poprzednimi zawodami i startowałam w miarę wypoczęta. Mimo to, kiedy dotarliśmy na miejsce, czułam, że to nie jest mój dzień. Było mi strasznie zimno (5 stopni przy dużej wilgotności powietrza), miałam bardzo mało czasu na rozgrzewkę, a na dodatek postanowiłam, że nie popełnię tego błędu, co przy pierwszym starcie i ustawię się tuż za linią startu, a nie na szarym końcu. W końcu w ten sposób można zyskać pewną przewagę i cenne minuty. No i wystartowałam. Mocno. Za mocno. Pierwsze kilkadziesiąt metrów pokonałam w sprinterskim tempie, bojąc się cały czas, żeby nie wpaść komuś pod nogi. Pierwszy podbieg pod górkę, a ja mam biało przed oczami i trudno mi złapać oddech. Cholera, pomyślałam, troszkę przeszarżowałaś, Magda, to nie jest nawet 1/10 biegu, a ty masz jeszcze prawie 3 okrążenia do zrobienia. Nie wiem jak udało mi się zrobić to pierwsze. Pamiętam je urywkami. Mocny podbieg, potem zbieganie po stromej, wąskiej na stopę ścieżce, przysypanej liśćmi. Kiedy kończyłam pierwsze okrążenie, wcale nie byłam pewna, czy skończę ten bieg…

plusy i minusy samotnego biegania
Pierwsze okrążenie i dobra mina do złej gry

Wszystko jest w głowie… i w nogach

Doping moich kibiców trochę podniósł mnie na duchu. Przyjechali specjalnie dla mnie, stali na tym zimnie, głupio byłoby się poddać. Więc biegłam dalej. Kończąc drugie okrążenie, słyszałam, że pierwsi biegacze już stanęli na linii mety. Jak to możliwe, myślałam, to jacyś nadludzie. Ostatnie okrążenie. Znam już trasę. Wiem, gdzie mogę przyspieszyć, gdzie lepiej zwolnić i zachować ostrożność. Zaczynam podziwiać widoki na trasie, skupiam się na oddechu, wyprzedzam nawet kilku biegaczy. Ostatni większy podbieg, zakręt i już widać metę. Nieznacznie przyspieszam. Nie wiem skąd jeszcze wzięłam na to siły. 34 minuty z „groszami”. Lepszy wynik wykręciłam na lotnisku, a tam było jeszcze pół kilometra więcej. No, ale tam biegłam po płaskim terenie, więc w sumie tragedii nie ma. Schylam głowę po medal, który dostaje każdy, kto ukończył bieg. Kilka głębokich wdechów i wydechów i chwiejnym krokiem idę w stronę moich kibiców.

bieganie jak zaczac

Zaskakujące wyniki

Nie pamiętam już szczegółowych wyników w mojego pierwszego startu, ale nie były one jakieś wybitne na tle całej grupy. No i też nie o nie chodziło. Ale sprawdzając wyniki ostatniego biegu mocno się zdziwiłam. W kategorii OPEN byłam 113. Wśród kobiet 20. A w swojej kategorii wiekowej…4!!! Więc mimo iż wydawało mi się, że poszło mi mocno przeciętnie, otarłam się o podium. Do tej pory trudno mi w to uwierzyć. Zaraz po biegu zawinęliśmy się do domu, więc śmiesznie by było, gdyby się okazało, że wyczytują moje nazwisko, a mnie już dawno na miejscu nie ma. Zupełnie się nie spodziewałam takiego wyniku. Więc mimo tego, że nie startowałam dla wyniku, po przeczytaniu takich informacji, od razu zaczyna sie myślenie, co by było, gdyby… Do 3 miejsca zabrakło mi 20 sekund. To dużo i niedużo. Mogłabym gdybać, że może zamiast wspinać się po stromej części trasy przy drugim okrążeniu, mogłam ją przebiec, zamiast zwolnić po tym pierwszym podbiegu, kiedy zrobiło mi się słabo, mogłam utrzymać tempo. To nic nie zmieni. Przecież wcale nie chodziło o wyśrubowane wyniki, tylko o sprawdzenie się. I dałam radę! Mimo zimna, zbyt mocnego startu i niełatwej trasy. Jestem z siebie dumna!

No to jak to w końcu jest z tym bieganie? Lepiej razem czy indywidualnie?

I tu pada moja ukochana odpowiedź: TO ZALEŻY. Zależy od wielu czynników. Start z kimś bliskim na pewno daje większy komfort psychiczny. W moim odczuciu o wiele przyjemniej i pewniej biegnie się z bliską osobą u boku (o ile macie podobne tempo i żadne z was nie musi specjalnie zwalnia, albo przyspieszać, żeby dopasować się do tempa drugiej osoby). Ale takie wspólne pokonywanie trasy może też mieć swoje minusy. Jestem pewna, że gdybym biegła z kimś bliskim i powiedziała, że źle się czuję, oboje przeszlibyśmy do marszu, może nawet zatrzymali się na kilka oddechów. Biegnąc sama, po prostu zacisnęłam zęby i biegłam dalej. Biegnąc w pojedynkę nie musisz się oglądać na nikogo – chcesz to zwalniasz, czujesz się  na siłach – przyspieszasz i nikt przez to nie będzie na Ciebie patrzył z wyrzutem, albo prosił, żeby trochę zwolnić/przyspieszyć tempo. Z drugiej strony, kiedy czujesz, że opuszczają Cię siły i w głowie pojawia się myśl „Co ja tu robię? Po co mi to?”, możesz liczyć na motywację ze strony biegowego wspólnika.

bieganie jesienia

Wybierz, jak chcesz

Biorąc pod uwagę tylko te wcześniej wymienione, na szybko wymyślone przeze mnie czynniki, trudno jednoznacznie określić, czy lepiej jest biegać samemu, czy z biegowym partnerem. I jedna, i druga opcja ma swoje mocne i słabe strony. Na pewno w dużej mierze zależy to od indywidualnych upodobań, od tego, w jaki sposób podchodzimy do danego biegu (nie wyobrażam sobie sytuacji, że startuję z kimś, kto po kilkuset metrach zostawia mnie w tyle i dalej biegnie sam, żeby wykręcić dobry wynik), no i od formy, w jakiej danego dnia jesteśmy. Jedyne co nie ulega wątpliwości to fakt, że bieganie jest super. To chyba taki najprostszy, najbardziej naturalny sport, do którego uprawiania, potrzebujemy tylko porządnych butów i odrobiny motywacji. I choć zdarza się, że na biegowej trasie pojawia się kryzys, to warto nie odpuszczać i biec dalej, bo to uczucie, jakiego doświadcza się po biegu jest bezcenne i nieporównywalne z niczym innym.

0 0 głosy
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Feeedback
Zobacz wszystkie komentarze

0
Skomentujx
()
x